Zwykły dzień, szarego obywatela – kartka z pamiętnika
2009-12-23
Od początku dnia zapowiadało się na pechowe dwanaście godzin. Z łóżka wstałem około piątej,
w ogóle nie mogłem spać, więc wstałem lewą nogą i poszedłem do łazienki. Po drodze mocno uderzyłem się w jakieś krzesło. Głupie
meble kraków – pomyślałem poprawiając po ciemku leżące na podłodze „siodło”. Podszedłem do łazienki przemyłem twarz i wróciłem do pokoju. Włączyłem MP3 i dwie godziny spędziłem na dokładnym odsłuchiwaniu moich bitów. Tak gdzieś około wpół do ósmej wyszedłem do szkoły. Z biologii pisaliśmy niezapowiedzianą kartkówkę, na którą nie raczyłem się pouczyć. Z oceny zdałem sobie sprawę, ale szczerze mówiąc nie miało to dla mnie znaczenia. Skupiłem się na przeżycie kilku ostatnich lekcji i byłem wolny, przynajmniej na dzisiaj. Wróciłem do domu, rower zaprowadziłem do zadaszonych parkingów, którymi są nasze małe
garaże blaszane i udałem się ku drzwiom wejściowym. Mamy nie było, obiad musiałem odgrzać. Gdy siadałem do stołu wyślizgnął mi się z rąk talerz zupy i rozpadł się na kilka szatek. Myślałem, że zaraz zwariuję. Od początku dnia coś mnie prześladuje. Jakiś pech czy fatum. Posprzątałem kawałki szkła, wytarłem zupę z podłogi i pomyślałem, że chwilowo nic mnie nie interesuje i postanowiłem, że pójdę zregenerować siły. Zmęczony po całym dniu prześladowań i ucisków. Spokój i ukojenie znalazłem dopiero pośród ciepłego materacu i pościeli. Ze snu wyrwał mnie starszy brat, który właśnie wrócił z pracy. Na szczęśćcie była już siódma, więc chwilę się poplątałem po domu i wróciłem z powrotem do łóżka. Tym razem
meble tapicerowane bardzo miło skojarzyły mi się z zakończeniem dnia, gdzie mogłem zregenerować siły i odpocząć po ciężkim dniu pełnym wysiłkowej i psychicznej pracy